Zapiski z Pawilonu Odlatującego Żurawia – Esej (III)

Krzysztof Gawlikowski
2004 Azja-Pacyfik  
Do Chin po raz pierwszy przyjechałem 30 września 1964 r. Specjalnie tak zaplanowałem tę podróż, by przybyć na 1 października, do kraju ustrojonego na święto narodowe. Już wtedy zauważyłem bowiem, że ze wszelkich podróży najbardziej wbija się nam w pamięć dzień przybycia i dzień odjazdu, podczas gdy to, co między nimi potem zlewa się w całość, a szczegóły ulegają zatarciu. Był to okres, gdy -wraz z zaostrzaniem się sporu między Pekinem a Moskwą -ograniczano wszelkie kontakty Polski z Chinami. W
more » ... olski z Chinami. W 1964 r., po raz pierwszy po kilku latach -a jak się okazało potem i po raz ostatni w tym okresie -podpisano umowę o współpracy naukowej i kulturalnej między naszymi krajami, która przewidywała również wymianę studentów. Do Polski miało przyjechać 18 Chińczyków, ja zaś byłem jedynym kandydatem na wyjazd do Chin. Moje starania wspierał plik opinii i rekomendacji sławnych profesorów Uniwersytetu Warszawskiego i polityczne poparcie ZMS oraz ZSP. Byłem wtedy po czwartym roku psychologii i po trzecim sinologii. Rzecz jasna, nie istniały wtedy żadne możliwości pojechania do Chin prywatnie... Okazało się wkrótce, że był to ostatni już moment na taką podróż -niebawem Rewolucja Kulturalna miała zupełnie odciąć Chiny od świata i to na wiele lat. Późniejsze zaś zmiany radykalnie zmieniły obraz Chin. Tak więc udało mi się jeszcze zobaczyć resztki dawnych Chin i pooddychać ich atmosferą. Zacznijmy od spraw najbardziej oczywistych. Stary Pekin otaczał wciąż mur z bramami miejskimi, jak w epoce cesarskiej. Teraz nie ma nie tylko muru ani bram, ale nie ma i tamtego miasta. Na miejscu sennej stolicy dawnych, wiejskich Chin, parterowych domków i wąskich zaułków, wyrosła super nowoczesna metropolia z tysiącami wielkich gmachów, szerokimi ulicami, estakadami, korkami tło-czących się samochodów i reklamami, bijącymi na każdym kroku w oczy..., prawie jak w Tokio, czy Los Angeles. Kiedy ja przyjechałem tu po raz pierwszy, jeszcze widziałem wkraczające do miasta karawany objuczonych wielbłądów gdzieś z Azji Centralnej. Za popularny środek transportu towarowego służyła dwukołowa arba zaprzężona w woła, muła i osła biegnącego na przyprzążkę. Najczęściej jednak wszelkie ładunki przewoziły rowerowe riksze. Nawet słupy telegraficzne! Przejeżdżające samochody osobowe można było liczyć na palcach -woziły prawie wyłącznie wysokich funkcjonariuszy i korpus dyplomatyczny. Teraz riksze są tylko dla turystów, głównie zagranicznych, jako szczególna atrakcja, tak jak dorożki konne w Warszawie na Starym Mieście. Wtedy na postojach przy ważniejszych bramach stały ich dziesiątki, osobowych i towarowych, bo taksówki były niesłychanym luksusem, dostępnym właściwie tylko nielicznym cudzoziemcom. Teraz prawdziwą rikszę przewożącą jakiś towar da się czasem zobaczyć w nielicznych rejonach starego Pekinu, cudem jeszcze uchowanych. A dla zwierząt nie ma miejsca w duszącej się od samochodów metropolii, rozrosłej od tego czasu z dwu do dwunastu milionów mieszkańców. W sklepach sprzedawano wtedy jeszcze małe buciki dla kobiet z "lotosowymi stópkami". Takie nóżki miało jeszcze bardzo wiele starszych pań. Ba, trafiały się i czterdziestolatki z bandażowanymi stópkami. Zimą -w czarno-granatowych watowanych kurtkach i spodniach, w czymś w rodzaju czarnego czepka na głowie, kusztykających na tych swoich "kopytkach", w jasnych skarpetkach i czarnych, płóciennych pantofelkach. Dziś nie ma już staruszek z takimi nóżkami i dawną elegancją, pykających cienkie fajeczki z długim cybuchem. Wśród pól trafiały się jeszcze małe świątynki. Zazwyczaj były zamknięte, ale przez szpary dało się zajrzeć do środka i zobaczyć zakurzone bóstwa. I wszędzie spotykało się zdobne, kamienne stele na grzbietach wielkich żółwi, głoszące w swych inskrypcjach chwałę dawnych mandarynów. Wśród pól pełno też było grobów, zwykłych kopczyków ziemnych, czy cmentarzyków znamienitych rodzin, z kamiennym wystrojem. Trafiały się i cmentarze klasztorne, z kamiennymi stupami i ołtarzami ofiarnymi. Z tego świata, okalającego dawną stolicę, też nic już niemal nie zostało. Zmiotła go Rewolucja Kulturalna i kto wie, czy nie bardziej zachłanny od niej moloch wolnorynkowej urbanizacji. Resztki małej architektury kamiennej i fragmenty wystroju dawnych domów zbiera teraz specjalne muzeum, podobne do europejskich lapidariów gromadzących ułamki antyczne. Ale ja jeszcze to wszystko pamiętam jako wystrój codziennego życia. Kraj epoki Mao, na wpół tradycyjny, dzielić się zdaje dystans lat świetlnych od Chin współczesnych, z ich wielkimi metropoliami i rozbuchaną konsumpcją, sklepami firmowymi Diora i Gucci'ego, eleganckimi klubami nocnymi, ekskluzywnymi koncertami Pavarottiego i najznamienitszych orkiestr filharmonicznych świata. Dziś nazwy dawnych podpekińskich wsi noszą przystanki komunikacji miejskiej u stóp nowoczesnych hoteli, czy lśnią-
doi:10.15804/ap200407 fatcat:klgzlisz3vhb3nd3rhnmstmjvy